Archiwum - Luty, 2010

I znowu do przodu…

A potem po takich dołach przychodzi wieczór, relaks przy weekendowym oglądaniu filmów i Męża zaczyna boleć okolica serca. Dwie polopiryny na rozrzedzenie krwi i nic. I boli go. Nie potrafi bez bólu zrobić wdechu. Ciśnienie ok, więc to prawdopodobnie nic groźnego, ale wystarczy, żeby przez głowę przeleciało kilkaset myśli w stylu – jak małostkowo podchodzę czasami do spraw naszego braku potomstwa. Powinnam się z całego serca cieszyć z tego co jest. Z tego, że znalazłam swoją drugą połowę, z tego, że relacje między nami są świetne, jesteśmy młodzi, kupa wspaniałych rzeczy i zdarzeń (mam nadzieję) jeszcze przed nami, tworzymy Rodzinę, jesteśmy zdrowi i mamy mnóstwo planów do zrealizowania. Po co zatem marnuję swój czas na bezsensowne rozmyślanie o tym, że komuś się udało, a mnie nie. Czasami oczywiste sprawy najtrudniej zrozumieć.

Na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że bezdzietne osoby są co najmniej tak rozchwiane emocjonalnie jak kobiety w ciąży. Wczoraj było źle, dzisiaj trochę lepiej, a co jutro przyniesie tego nie wie nikt.

I znowu test czyli dwa kroki w tył

I znowu test wytrzymałości.

W czwartek, tak w czwartek okazało się, że koleżanka, u której zdiagnozowano PCO i z którą dzieliłam problemy bezdzietnych zaszła. Tak, zaszła.

W czwartek, tak w czwartek okazało się, że koleżanka z pracy (przyjęta trzy miesiące temu – druga po mnie kobieta w firmie) zaszła. Tak zaszła.

Niech te dwa całkiem nowe Dzieciątka rozwijają się zdrowo i niech cieszą swoje Mamy.

Tylko tak się zastanawiam, czy po kilku miesiącach przebywania dzień w dzień ze szczęśliwą, młodą mężatka w ciąży (która już w czwartek nie omieszkała się dzielić ze mną swoimi wrażeniami typu „wiesz, pierwszy miesiąc jest najgorszy” (no i?),  po moim komentarzu, że zawroty głowy, które miała i ciągłe wizyty na siusiu mogą być objawami ciąży zapytała „A TY SKĄD WIESZ???” (nosz kur zapiał!), albo „teraz panie ze sklepu komentując Twoje (czyli moje) zakupy ogórków kiszonych (co poradzę, że lubię MIMO BRAKU CIĄŻY) nie będą się myliły, że któraś z dziewczyn jest w ciąży, tylko nie ta, która te ogórki zjada hahaha” (no boki zrywać!!!). No i właśnie tak się zastanawiam, czy po kilku miesiącach przebywania dzień w dzień ze szczęśliwą, młodą mężatka w ciąży nie wyląduję na kozetce u psychiatry…

Normalny człowiek, człowiek bez problemów takich jak moje, normalny człowiek puknąłby się w głowę na te moje małe, śmieszne problemy.

Dla mnie nadchodzi chyba granica wytrzymałości.

Jestem jak napięta do granic możliwości struna.

Struna, która w każdej sekundzie może po prostu zrobić małe „pyk” i pęknąć.

I napompowany balon z furkotem podskoczy pod sufit, po tylko, aby za chwilę spektakularnie spaść na zol.

Nie wiem, czego mam się przytrzymać.

Spadam w dół…

Krok do przodu?

Dzisiaj na nk zobaczyłam zdjęcie koleżanki z LO w mocno zaawansowanej ciąży, o której nie miałam bladego pojęcia i…uśmiechnęłam się do monitora! tak pięknie wygląda! pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy zareagowałam w ten sposób! bez zazdrości, bez pytania dlaczego to nie ja? ucieszyłam się JEJ szczęściem. Dopiero chwilę później zdałam sobie z tego sprawę. I jestem z siebie dumna. Chyba mam w sobie jeszcze odrobinę ludzkich uczuć ;) Uważam to za swoisty krok do przodu. Za to z obserwacjami jestem w tyle, że hoho. I dobrze mi z tym. Głowa odpoczywa, ciało się regeneruje i zupełnie inaczej reaguje na zaloty ślubnego.

Napro?

Nooo powiem szczerze, że próbujemy się umówić na spotkanie z instruktorami już drugi tydzień i ciągle coś nie pasuje. W piątek miał być wyznaczony termin i cisza do dzisiaj. Zaczynamy się trochę irytować. Z jednej strony zdajemy sobie sprawę, że wszystko musi trochę potrwać, każda metoda, każde leczenie. Ale z drugiej strony to jest nasz czas, który musimy dobrze wykorzystać, czas przecież lubi uciekać…

Wyniki cyto miały być w tym tygodniu, będą dopiero za tydzień, mam nadzieję, że nic tam na mojej próbce nie wyhodowali ;/

Ten miesiąc zaczyna się jakoś tak lajtowo, odpoczywamy psychicznie, cieszymy się swoim towarzystwem, mamy zamiar trochę wyluzować. Marzę o wyluzowaniu totalnym, ale moja głowa bardzo szybko wszystko liczy, a zwłaszcza TE DNI, cwana bestia ;) Najlepszym lekarstwem na nie-myślenie są zajęcia, dużo zajęć, mało czasu na bezowocne główkowanie, dodatkowe zadania, sprawy do załatwienia, książki do przeczytania, potrawy do upichcenia, listy do napisania, pranie do wyprasowania (oj duuuużo prania), mąż do ukochania ;)filmy do obejrzenia, miejsca do zwiedzenia!

Wesoło mi dzisiaj.

A w weekend dzięki pewnej niemiłej sytuacji po raz kolejny okazało się, że moja połowica to taki mądry życiowo facet! Mój mąż to wszystko, co mam najcenniejszego.

.

Nie ma leku na ten ból.

Nie ma…

Badanie hormonów cd. – skrócony profil hormonalny

Dzisiaj po raz drugi byłam na pobraniu krwi w celu oznaczenia hormonów:

- prolaktyny

- TSH

- fT4

- LH

- FSH

-Estradiolu

Mąż zbladł bardziej ode mnie czekając aż skończą mnie kłuć. Taki duży chłopiec, a małej igły się boi! Kiś, kiś :)

Popołudniu otrzymaliśmy wyniki i normy. I wyszło tak:

- prolaktyna (PRL) 691,5 ulU/ml [72-511]

- TSH 5,16 ulU/ml  [0,27-4,2]

- fT4 12,86 pmol/l [12-22]

- LH 5,19 mIU/ml [2,4-12,6 - w fazie folikularnej]

- FSH 5,17 mIU/ml [1,5-12,5 - w fazie folikularnej]

-Estradiol 46,9 pg/ml [12,5-166 - w fazie folikularnej]

Dwa pierwsze hormony podwyższone, ale uważam, że nieznaczne. Czy na tyle, aby przez ponad dwa lata uniemożliwić nam skuteczne starania o dziecko? Ma któraś z Was jakieś doświadczenie na tym polu? Czytałam kilka wypowiedzi na forach i podobno PRL skacze w zależności od np. poziomu stresu. Ja – i owszem – często się niepotrzebnie denerwuję, potrafię się skutecznie nakręcać co powoduje jakieś tam stresy. Ale żeby aż do tego stopnia? No sama nie wiem. Coraz częściej dochodzimy do wniosku, że to wszystko siedzi w naszych głowach…

Nie potrafię całkowicie wyluzować – ale może to i dobrze, bo wyglądałabym wtedy jak mój kurczaczek :)

Acha – koszt oznaczenia tych sześciu hormonów – 115zł.