Archiwum - Kwiecień, 2010

Nowy rozdział

Ponieważ to miejsce jest dla mnie szczególne chciałabym pozostawić je właśnie w takim tonie i w takiej formie. Tutaj opisywałam naszą drogę do dwóch kresek i ta droga w pewnym sensie skończyła się. Doprowadziła nas na słoneczną, zieloną polankę, gdzie wreszcie możemy odsapnąć i nabrać sił na kolejne wyzwania losu.


Krótki wywód na temat kliniki bezpłodności

Dzisiaj słów kilka na temat kliniki bezpłodności. Mieliśmy do czynienia w swojej staraniowej „karierze” z jedną kliniką z Bytomia (Antrum). Wybraliśmy to miejsce ponieważ jest stosunkowo blisko nas a opinie o lekarzu, który tam przyjmuje były zaskakująco dobre. Zapisaliśmy się więc na wizytę – nie było problemu z ustaleniem terminu – czekaliśmy około tygodnia. Na wizytę zabrałam ze sobą cały plik wykonanych do tej pory badań, swoje wykresy temperaturowe – wszystko tak, aby jak najjaśniej przedstawić panu doktorowi naszą sytuację. Pan doktor zrobił na mnie miłe wrażenie. Ponieważ do tej pory mieliśmy kontakt tylko z kobietami-lekarkami konkretne podejście do sprawy wzbudziło nasze poczucie bezpieczeństwa. Fajne było to, że pan doktor rozpisał w punktach etapy dalszego postępowania czyli w pierwszej kolejności chciał sprawdzić czy aby na pewno występują u mnie owulacje (ustalone badanie USG w drugiej fazie cyklu) oraz zapisanie leków (w zasadzie to jednego – flegaminy) dla męża na poprawę upłynniania (skrócenie czasu). Plus dla męża dużo ananasów pod wszelkimi postaciami. Trochę nas wzięło na te ananasy i od tej pory Ślubny pił litrami soki a świeże owoce jedliśmy na deser średnio raz w tygodniu.

(więcej…)

Co pomogło nam zajść w upragnioną ciążę?

Lutowe „wyluzowanie” to połowa sukcesu. Moje zdanie podziela także Ślubny. Nigdy nie podejrzewaliśmy, że psychika może tak bardzo oddziaływać na nasze starania o dziecko, ale tak w istocie było. Byliśmy obydwoje zablokowani, pozamykani, spięci i nerwowi. Nie wiem jak udało się nam na ten jeden miesiąc odpocząć i troszkę otworzyć umysły, ale stało się co się stać miało (w końcu).

Drugą połowę naszego sukcesu przypisujemy preparatowi Proxeed Plus, o którym poinformowali nas instruktorzy naprotechnologii z Bielska-Białej. Będziemy im zawsze za to wdzięczni, bo gdyby nie oni to skąd u licha mieliśmy wiedzieć, że coś takiego istnieje? K. zażywał te witaminy wg zaleceń czyli dwa razy dziennie (zapach zestawu – o zgrozo!). Zaczął na początku grudnia. Na efekt trzeba było poczekać dwa miesiące. I powiem Wam, że WARTO było wydać 1000zł na „witaminki”. Nikt nie dał nam pewności, że one zadziałają. Ale uważam, że zanim zacznie się kombinować z in-vitro, a problem bezpłodności być może leży po stronie mężczyzny – dlaczego nie spróbować? K. nie miał przecież tragicznych wyników, ale do normalnych trochę mu brakowało. Flegamina i sok z ananasa zalecone przez lekarza z kliniki „Antrum” w Bytomiu niewiele dały. A kolejna wizyta w klinice to już sugerowanie inseminacji.

Udało się bez ingerencji w najintymniejszy akt między kobietą i mężczyzną.

Obiecaliśmy sobie, że jeśli uda nam się „zajść” nie wykorzystując wszystkich 6 opakowań witamin Proxeed Plus, to oddamy je tym, którym mogą się przydać. Zostało nam jedno opakowanie. Jeśli więc zagląda tu ktoś z nie do końca mieszczącymi się w normach wynikami nasienia – proszę śmiało pisać :)