Po pierwsze bardzo dziękuję za miłe słowa :)
Po drugie nie wiem dokładnie, który teraz jest mój tydzień ciąży, bo własne obliczenia i wyniki usg zrobiły mi mały mętlik w głowie, ale najprawdopodobniej zaczęłam właśnie ósmy.
Po trzecie bardzo chciałabym tutaj wszystko dokładnie pozapisywać, ale zwyczajnie nie mam ostatnio czasu.
Luty to był miesiąc totalnego odpoczynku od: obserwacji, wyliczanek, cudowanek, mierzenia, sprawdzania, układania planu pożycia małżeńskiego. Nie umiemy się zatem z Mężem doliczyć kiedy i jak TO się stało :) Mąż twierdzi, że zadziałała pyszna kolacja walentynkowa i wino Portada (pyszne!), ja uważam, że co nieco mi się w tym lutym poprzesuwało i początek Nowego Życia miał miejsce po Walentynkach…ale czy to ważne? Właśnie tak miało być! z zaskoczenia! marzyliśmy o takiej niespodziance ponad dwa lata!
Pod koniec lutego mieliśmy zaplanowany wylot do Irlandii. Strasznie się boję podróży samolotami, dlatego może część mojej głowy ciągle zajęta była myślami o ewentualnych turbulencjach, awarii samolotu z katastrofą włącznie. Jak się później okazało podróż w obie strony należała (prawie) do przyjemności.
No a po powrocie czujny Mąż zaraz zaczął podpytywać, czy @ (ach ten nasz żargon ;)) już jest. Nie kłamiąc powiedziałam, że za kilka dni będzie, bo właśnie się zaczyna (teraz podejrzewam, że małe plamienie było powiązane z implementacją zarodka – podobno to się zdarza). Na lajcie zatem pojechałam do pracy nie myśląc zupełnie o tym, że za parę godzin użyję testu ciążowego…po południu w pracy zaczęłam wyliczać, kiedy ostatni raz była miesiączka, dodawać, odejmować, biorąc pod uwagę swoje najdłuższe cykle itd. No i za każdym razem wychodziło mi, że w zasadzie to chyba mamy jakieś opóźnienie. Śmiać mi się chce, bo gdyby nie sugestie Ślubnego pewnie żyłabym w nieświadomości może jeszcze kilka dni. Przez myśl mi nie przeszło wcześniej to, co było standardem w każdym innym miesiącu – że może tym razem się udało.
Wróciłam do domu i pierwsze kroki skierowałam do kuchni, gdzie mieliśmy mały magazynek testów wszelkiego rodzaju.
Zrobiłam test. Spojrzałam w okienko i NIC ciekawego nie ujrzałam. Dopiero w kuchni po kilku minutach zerknęłam w stronę testu raz jeszcze i przeżyłam mały szok. Zawołałam Ślubego i spytałam, czy coś TAM widzi. Stwierdził, że i owszem…i tak właśnie zaczęła się nasza przygoda z oczekiwaniem, bo prawie pozytywny wynik testu (za pozytywny uznaje się dwie tej samej barwy kreski) wcale nie był dla nas końcem czekania. Był dopiero początkiem.
Test z rana 04.03.2010r.
