archiwum autora

Nowy rozdział

Ponieważ to miejsce jest dla mnie szczególne chciałabym pozostawić je właśnie w takim tonie i w takiej formie. Tutaj opisywałam naszą drogę do dwóch kresek i ta droga w pewnym sensie skończyła się. Doprowadziła nas na słoneczną, zieloną polankę, gdzie wreszcie możemy odsapnąć i nabrać sił na kolejne wyzwania losu.


Krótki wywód na temat kliniki bezpłodności

Dzisiaj słów kilka na temat kliniki bezpłodności. Mieliśmy do czynienia w swojej staraniowej „karierze” z jedną kliniką z Bytomia (Antrum). Wybraliśmy to miejsce ponieważ jest stosunkowo blisko nas a opinie o lekarzu, który tam przyjmuje były zaskakująco dobre. Zapisaliśmy się więc na wizytę – nie było problemu z ustaleniem terminu – czekaliśmy około tygodnia. Na wizytę zabrałam ze sobą cały plik wykonanych do tej pory badań, swoje wykresy temperaturowe – wszystko tak, aby jak najjaśniej przedstawić panu doktorowi naszą sytuację. Pan doktor zrobił na mnie miłe wrażenie. Ponieważ do tej pory mieliśmy kontakt tylko z kobietami-lekarkami konkretne podejście do sprawy wzbudziło nasze poczucie bezpieczeństwa. Fajne było to, że pan doktor rozpisał w punktach etapy dalszego postępowania czyli w pierwszej kolejności chciał sprawdzić czy aby na pewno występują u mnie owulacje (ustalone badanie USG w drugiej fazie cyklu) oraz zapisanie leków (w zasadzie to jednego – flegaminy) dla męża na poprawę upłynniania (skrócenie czasu). Plus dla męża dużo ananasów pod wszelkimi postaciami. Trochę nas wzięło na te ananasy i od tej pory Ślubny pił litrami soki a świeże owoce jedliśmy na deser średnio raz w tygodniu.

(więcej…)

Co pomogło nam zajść w upragnioną ciążę?

Lutowe „wyluzowanie” to połowa sukcesu. Moje zdanie podziela także Ślubny. Nigdy nie podejrzewaliśmy, że psychika może tak bardzo oddziaływać na nasze starania o dziecko, ale tak w istocie było. Byliśmy obydwoje zablokowani, pozamykani, spięci i nerwowi. Nie wiem jak udało się nam na ten jeden miesiąc odpocząć i troszkę otworzyć umysły, ale stało się co się stać miało (w końcu).

Drugą połowę naszego sukcesu przypisujemy preparatowi Proxeed Plus, o którym poinformowali nas instruktorzy naprotechnologii z Bielska-Białej. Będziemy im zawsze za to wdzięczni, bo gdyby nie oni to skąd u licha mieliśmy wiedzieć, że coś takiego istnieje? K. zażywał te witaminy wg zaleceń czyli dwa razy dziennie (zapach zestawu – o zgrozo!). Zaczął na początku grudnia. Na efekt trzeba było poczekać dwa miesiące. I powiem Wam, że WARTO było wydać 1000zł na „witaminki”. Nikt nie dał nam pewności, że one zadziałają. Ale uważam, że zanim zacznie się kombinować z in-vitro, a problem bezpłodności być może leży po stronie mężczyzny – dlaczego nie spróbować? K. nie miał przecież tragicznych wyników, ale do normalnych trochę mu brakowało. Flegamina i sok z ananasa zalecone przez lekarza z kliniki „Antrum” w Bytomiu niewiele dały. A kolejna wizyta w klinice to już sugerowanie inseminacji.

Udało się bez ingerencji w najintymniejszy akt między kobietą i mężczyzną.

Obiecaliśmy sobie, że jeśli uda nam się „zajść” nie wykorzystując wszystkich 6 opakowań witamin Proxeed Plus, to oddamy je tym, którym mogą się przydać. Zostało nam jedno opakowanie. Jeśli więc zagląda tu ktoś z nie do końca mieszczącymi się w normach wynikami nasienia – proszę śmiało pisać :)

Pozytywny test ciążowy

Dzisiaj przedstawiam ostatni wykonany przeze mnie test ciążowy. O takich dwóch kreskach zawsze marzyłam. Śniły mi się po nocach. Czekałam na nie z wytęsknieniem. Zawsze wyobrażałam sobie, że zostawię taki test ciążowy i skarpeteczki niebiesko-beżowe z motywem Myszki Miki na stole tak aby Ślubny po przebudzeniu miał mega niespodziankę (skarpeteczki kupione już w listopadzie 2007 roku, bo myślałam wtedy, że przecież zajście w ciąże to będzie dla nas kwestia kilku miesięcy – od tamtej pory leżały wśród mojej bielizny i czekały na swoją kolej). Potoczyło się inaczej, ale właśnie do tego testu Ślubny dostał skarpeteczki w bonusie. Teraz leżą wśród jego bielizny ;) i czekają na małe nóżki…

Test z rana z 13.03.2010r.

Nasza Nadzieja…

Po pierwsze bardzo dziękuję za miłe słowa :)

Po drugie nie wiem dokładnie, który teraz jest mój tydzień ciąży, bo własne obliczenia i wyniki usg zrobiły mi mały mętlik w głowie, ale najprawdopodobniej zaczęłam właśnie ósmy.

Po trzecie bardzo chciałabym tutaj wszystko dokładnie pozapisywać, ale zwyczajnie nie mam ostatnio czasu.

Luty to był miesiąc totalnego odpoczynku od: obserwacji, wyliczanek, cudowanek, mierzenia, sprawdzania, układania planu pożycia małżeńskiego. Nie umiemy się zatem z Mężem doliczyć kiedy i jak TO się stało :) Mąż twierdzi, że zadziałała pyszna kolacja walentynkowa i wino Portada (pyszne!), ja uważam, że co nieco mi się w tym lutym poprzesuwało i początek Nowego Życia miał miejsce po Walentynkach…ale czy to ważne? Właśnie tak miało być! z zaskoczenia! marzyliśmy o takiej niespodziance ponad dwa lata!

Pod koniec lutego mieliśmy zaplanowany wylot do Irlandii.  Strasznie się boję podróży samolotami, dlatego może część mojej głowy ciągle zajęta była myślami o ewentualnych turbulencjach, awarii samolotu z katastrofą włącznie. Jak się później okazało podróż w obie strony należała (prawie) do przyjemności.

No a po powrocie czujny Mąż zaraz zaczął podpytywać, czy @ (ach ten nasz żargon ;)) już jest. Nie kłamiąc powiedziałam, że za kilka dni będzie, bo właśnie się zaczyna (teraz podejrzewam, że małe plamienie było powiązane z implementacją zarodka – podobno to się zdarza). Na lajcie zatem pojechałam do pracy nie myśląc zupełnie o tym, że za parę godzin użyję testu ciążowego…po południu w pracy zaczęłam wyliczać, kiedy ostatni raz była miesiączka, dodawać, odejmować, biorąc pod uwagę swoje najdłuższe cykle itd. No i za każdym razem wychodziło mi, że w zasadzie to chyba mamy jakieś opóźnienie. Śmiać mi się chce, bo gdyby nie sugestie Ślubnego pewnie żyłabym w nieświadomości może jeszcze kilka dni. Przez myśl mi nie przeszło wcześniej to, co było standardem w każdym innym miesiącu – że może tym razem się udało.

Wróciłam do domu i pierwsze kroki skierowałam do kuchni, gdzie mieliśmy mały magazynek testów wszelkiego rodzaju.

Zrobiłam test. Spojrzałam w okienko i NIC ciekawego nie ujrzałam. Dopiero w kuchni po kilku minutach zerknęłam w stronę testu raz jeszcze i przeżyłam mały szok. Zawołałam Ślubego i spytałam, czy coś TAM widzi. Stwierdził, że i owszem…i tak właśnie zaczęła się nasza przygoda z oczekiwaniem, bo prawie pozytywny wynik testu (za pozytywny uznaje się dwie tej samej barwy kreski) wcale nie był dla nas końcem czekania. Był dopiero początkiem.

Test z rana 04.03.2010r.

32 cykl starań :)

Czy Szanowni Państwo pamiętają wpis (dla przypomnienia: KLIK ) o odpoczywającej od obserwacji i „zupełnie inaczej reagującej na zaloty Ślubnego” Muchomorce?:) komentarz Ślubnego wskazywał na to, że i On jest zadowolony…

no i stało się…

(wyczekany bladzioch, test z 03.03.2010r.)

W tle eurocenty, bo poprzedniego dnia wróciliśmy z wyprawy z Irlandii.

CDN :)

countdown

i znowu odliczanie

do piątku

i nadzieja

NADZIEJA

A u nas…

a u nas dzieje się sporo, ale to nie czas jeszcze, żeby o tym pisać

żyjemy, funkcjonujemy jakoś, ale ciągle w trybie „stand by”

chciałabym się obudzić jutro w lepszym świecie

takim, w którym lekarze są dla ludzi

a nie dla pieniędzy

no ale to tylko czcze mżonki

Myśl na dziś

Całe życie jest oczekiwaniem…

I znowu do przodu…

A potem po takich dołach przychodzi wieczór, relaks przy weekendowym oglądaniu filmów i Męża zaczyna boleć okolica serca. Dwie polopiryny na rozrzedzenie krwi i nic. I boli go. Nie potrafi bez bólu zrobić wdechu. Ciśnienie ok, więc to prawdopodobnie nic groźnego, ale wystarczy, żeby przez głowę przeleciało kilkaset myśli w stylu – jak małostkowo podchodzę czasami do spraw naszego braku potomstwa. Powinnam się z całego serca cieszyć z tego co jest. Z tego, że znalazłam swoją drugą połowę, z tego, że relacje między nami są świetne, jesteśmy młodzi, kupa wspaniałych rzeczy i zdarzeń (mam nadzieję) jeszcze przed nami, tworzymy Rodzinę, jesteśmy zdrowi i mamy mnóstwo planów do zrealizowania. Po co zatem marnuję swój czas na bezsensowne rozmyślanie o tym, że komuś się udało, a mnie nie. Czasami oczywiste sprawy najtrudniej zrozumieć.

Na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że bezdzietne osoby są co najmniej tak rozchwiane emocjonalnie jak kobiety w ciąży. Wczoraj było źle, dzisiaj trochę lepiej, a co jutro przyniesie tego nie wie nikt.