Archiwum Nasze starania

Odetchnęłam pełną piersią!

Cały czas wydaje mi się, że mam wpływ na to kim będę za chwilę, co się ze mną będzie działo, co jestem w stanie osiągnąć. I owszem. Bez jakiegokolwiek ruchu zawsze będę w tyle. Dlatego tak bardzo (przy ogromnej pomocy Męża) staram się zrobić wszystko w mojej mocy, żeby Mała Istotka pojawiła się w naszym życiu. Te wszystkie wizyty u lekarzy, szukanie informacji w sieci, coraz to nowsze metody, badania, witaminy, obserwacje, notatki, testy, pomiary…nie mogę sobie niczego zarzucić. Bardzo się staram. Daję z siebie wszystko. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby być bliżej upragnionego Dziecka. I w moim świecie „bez Dziecka” wciąż zapominam, że wszystko w rękach Boga.  Nie muszę przecież rzucać wszystkiego i wychodzić z założenia „co ma być to będzie”, niech się dzieje wola Nieba…Nie na tym to polega. Ważna jest dla mnie świadomość, że Ktoś wie, jak pokierować moim życiem. Ta świadomość daje mi dzisiaj tak wiele radości i tak wielki ciężar pomaga udźwignąć, że nie jestem w stanie słowami tego opisać. Właśnie w takich momentach wiara daje siłę. Bez niej mogłabym płakać do poduszki każdego jednego wieczora. Jak dobrze jest odetchnąć pełną piersią, ZAUFAĆ. Przecież do tej pory Bóg tak pięknie kierował moim życiem. Jestem pewna, że mnie nie opuścił. Może chce, żebym poznała siebie i moją drugą połowę w trudnych chwilach, może wie, że to nie jest jeszcze dla nas odpowiedni moment, może poprzez to długie oczekiwanie dar jakim jest Dziecko będzie smakował inaczej, niż gdybyśmy otrzymali go już do tej pory. Bardzo trudno jest oddać w czyjeś ręce najważniejsze, najdelikatniejsze piękno, które płynie z miłości dwojga ludzi. Dlatego cieszę się, że tym Kimś jest ten Najwyższy :) Już On będzie wiedział, co dalej z tym zrobić.

Bezpłodność okiem mężczyzny

Gdy byłem małym, ciekawym świata chłopcem podczas jakieś bliżej nieokreślonej rozmowy zadałem swojej Mamie pytanie, które prędzej czy później każde dziecko pewnie zadaje  – „Mamo, skąd się biorą dzieci?”. Miałem wtedy nie więcej niż 5 lat, mimo to, po dziś dzień pamiętam odpowiedź jakiej udzieliła mi moja rodzicielka, a brzmiała ona mniej więcej tak:

„Kochanie, żeby dwoje ludzi mogło mieć dzieci, muszą się dobrze znać i co najważniejsze bardzo mocno kochać”

Pamiętam, że taka odpowiedź w pełni mnie usatysfakcjonowała. Byłem na tyle mały, że nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż każdy mężczyzna posiada „siusiaka”, za pomocą którego może zrobić to i owo. Najbardziej zapadła mi w pamięci druga część tej matczynej odpowiedzi, która po dziś dzień siedzi mi w głowie – „muszą się bardzo mocno kochać”…

(więcej…)

Energetycznie pobudzona

Zwykle kilka dni przed owulacją czuję przypływ energii. Jestem pewna, że maja z tym coś wspólnego hormony, bo na początku i pod koniec cyklu jestem jak dętka. No i właśnie teraz czuję, że jestem „energetycznie pobudzona” ;) Mam ochotę po raz kolejny zacząć obserwację temperatury. Do tego celu służy mi od jakiegoś czasu termometr owulacyjny, który wygląda mniej więcej tak:

termo

i jest całkiem niezłym narzędziem pomiarowym. Termometr jest w miarę tani i bez problemu można go nabyć na aukcji allegro. Odczyt temperatury jest zdecydowanie łatwiejszy w porównaniu ze zwykłym termometrem rtęciowym. Do elektronicznych jakoś nie mam przekonania.

To co? pozostaje tylko wydrukować formularz do obserwacji, do którego link podawałam już kilka notek temu i codziennie o stałej godzinie ( u mnie 6:00) mierzyć temperaturę min. 3 minuty.

Każdy kij ma dwa końce

Zawsze tak jest – chwila euforii i myśl – „może wreszcie TO nam pomoże”

I zawsze przychodzi taki moment, kiedy znowu zdaję sobie sprawę, że nie ma cudownych środków, cudownych metod, które pomogły by nam przybliżyć się chociaż o krok do upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym

Tak jest i z napro. Mimo tego, że to dopiero początek naszej przygody z tym „wynalazkiem”, moi Rodzice po obejrzeniu programu „Wojna światów” w TVP1 poszukali informacji i wręczyli mi wydruk takich oto artykułów, który możecie przeczytać tutaj i tutaj.

No i co o tym wszystkim myśleć?

Z jednej strony fajnie jest poznać dokładnie swój cykl, wiedzieć, kiedy występują dni płodne, kiedy jest najlepszy czas, największe prawdopodobieństwo na zaciążenie, ale mam wrażenie, że dla mnie jest to trochę powtórka z rozrywki – ja wiem, kiedy mam owulację (potwierdzają to testy owulacyjne, skok temperatury, boje odczucia tzn. specyficzny ból podbrzusza). Wykorzystujemy ten czas jak tylko się da – bezskutecznie. Co zatem może zaproponować nowego naprotechnologia? Te pytanie naprawdę mnie nurtuje od kilku dobrych dni. Przeszliśmy już tyle badań, tyle razy okazywało się, że nasze starania są na nic. Może po prostu czasem brakuje mi już sił, żeby to wszystko prowadzić, notować, wyszukiwać w sobie nowych pokładów nadziei, że może tym razem?

Z drugiej strony nie chcę rezygnować zbyt szybko, podejrzewam, że przeciwnicy napro mają interes w tym, aby ta metoda nie wybiła się zanadto. Bo mogą na tym dużo stracić kliniki wykonujące in vitro…

Jasne jest dla mnie to, że napro nie jest dla wszystkich… i nawet pilne obserwacje cyklu kobiety nie sprawią, że poprawi się jakość nasienia u mężczyzny. Może szkopuł tkwi w tym, żeby wykorzystać maksymalnie te kilkanaście godzin płodności kobiety…? dużo pytań, niewiele jasnych odpowiedzi.

Za kilka dni kolejne spotkane z instruktorami.

Tylko że ja na dzień dzisiejszy nie mam już sił. Nie mam ochoty. Nie mam tak mocnej psychiki, żeby co miesiąc podnosić się z kolan po wielkiej przegranej a potem znowu na nie upadać. Może ta gra nie warta jest świeczki, bo nie mam najmniejszego wpływu na wynik?

Wbrew przewodniemu hasłu bloga dzisiaj jest beznadziejnie.

Nasz problem odbija się na naszych relacjach mąż-żona. Nie unikniemy również tego tematu. Można się nawzajem pocieszać, spierać, dodawać otuchy, wzbudzać płonne nadzieje, ale przychodzą chwile, kiedy stajemy się nieznośni. Drażliwi, zmęczeni, poharatani. Złe chwile potrafią wzmacniać więzy, ale potrafią również mocno je nadwyrężać. I w takich momentach jedyne czego mogę sobie życzyć to świętego spokoju. Dni bez guli w gardle, bez smutku na sercu, dni przeżytych z jakim sensem, celowych, dobrych dni…czego i Wam wszystkim ludziom bez-dzieci życzę.

Napro spotkanie nr 1

Tak na szybciutko – bo dopiero przed chwilą wróciliśmy z Bielska, gdzie odbyło się dzisiaj pierwsze spotkanie z instruktorami. Zajęcia prowadziło bardzo sympatyczne małżeństwo lekarzy (wbrew pozorom nie-ginekologów). Była 1,5h prezentacja omawiająca w grubsza założenia i cele napro. Aby przejść do etapu naprotechnologii, najpierw musimy być biegli w modelu Creighton’a. Wypełniliśmy jeden malutki formularz, drugi mamy do wypełnienia w domu. Mamy także kartę obserwacji, naklejki oraz książkę w j. angielskim. No jak to zwykle bywa przy takich okazjach – jest nowa nadzieja, są oczekiwania, niecierpliwość spróbowania „nowej metody”.  Na zdrowy rozsądek wygląda to wszystko ok. Ważne jest przede wszystkim nabycie zdolności rozpoznawania swojej płodności. Ja już chyba potrafię to robić…z tego punktu widzenia mam wrażenie, że dużo z omawianych rzeczy już wiem.

Od jutra zaczynamy testową obserwację.

Za trzy tygodnie kolejne spotkanie…

Ps. A dzisiaj dokładnie połowa mojego cyklu, jak pięknie byłoby móc odmówić spotkanie z instruktorami z jednego, pięknego, malutkiego powodu ahhh :)

„Przestańcie się starać – wtedy się uda…”

„Wyjedźcie na urlop”

„Przestań o tym myśleć”

„Musicie wyluzować”

Podaję tylko kilka przykładów, z życia wziętych oczywiście.

Te wspaniałomyślne porady denerwują mnie jeszcze bardziej, niż faktyczny stan rzeczy, niż dwa lata bezowocnych starań. Jestem „grzeczną dziewczynką”. Nie przechodzą mi przez gardło bluzgi w kierunku osób starszych/z rodziny/znajomych, nie chcę nikogo urazić, nie chcę wybuchać, choć tak bardzo czasem mam ochotę to zrobić.

(więcej…)

Problem, który nie istnieje

Mając wreszcie kąt na „bezowocne” sprawy, zastanawiam się, który temat należałoby poruszyć w pierwszej kolejności. A po chwili namysłu nie mam już żadnych wątpliwości…

Dla mnie najważniejszą sprawą jest to, że dla ludzi z zewnątrz (czytaj: ludzi, których temat bezpłodności nie dotyczy) nasz problem NIE ISTNIEJE.

Czy spotkaliście się kiedyś z poważnym artykułem w prasie, czy programem telewizyjnym, który zechciałby zagłębić się w problem braku potomstwa? Bo ja nie. Oczywiście chodliwe są tematy pośrednio nawiązujące – in-vitro, surogatki, adopcja…ale to wszystko dotyczy SKUTKÓW, a nie przyczyny. Nikt nie zastanawia się, co czuje kobieta, która miesiąc w miesiąc wyczekuje upragnionego dziecka, co czuje mężczyzna, który psychicznie dojrzał do ojcostwa, ale jedyne na co może sobie pozwolić to ukradkowe spojrzenia przesyłane facetom spacerującym ze swoimi pociechami.

(więcej…)

Bezowocni…ale nie beznadziejni!

Droga do dwóch wymarzonych kresek na teście ciążowym nie zawsze jest prosta. Czasami wije się jak wąż, czasami wiedzie w górę, innym razem w dół…
Nie dla każdej pary oczekiwanie na dziecko pozbawione jest łez, złości, załamania.
Kluczową sprawą jest zaufanie obojga partnerów a także wspieranie się na każdym kroku – bo niestety długotrwałe, bezowocne starania o dziecko przekładają się nie tylko na relacje rodzinne, często problem przesiąka głębiej…do naszej pracy, zajęć po godzinach itp. Coraz częściej łapiemy się na tym, że spotkania z „dzieciatymi” stają się dla nas tak bolesne i przykre, że zaczynamy ich unikać. Przyjaciele są zdziwieni naszym stopniowym wycofywaniem się ze znajomości, a my sami mamy wyrzuty sumienia, że potrafimy ZAZDROŚCIĆ dziecka. W ten brzydki sposób – „dlaczego oni mają, a ja nie”, „w czym jesteśmy gorsi?”,”co zrobiliśmy złego, że spotykają nas ciągłe porażki”.

To tylko krótkie preludium naszych codziennych zmagań. Pisząc „naszych”, mam na myśli wszystkich nas, Rodziców czekających na ukochane dziecko.

Blog ten powstał dla nas.
I będzie o nas drodzy „Staracze”.
W każdym momencie możecie dołączyć do redagowania tego bloga, dodawać swoje historie,  przeżycia, emocje…