Archiwum Problemy

Krótki wywód na temat kliniki bezpłodności

Dzisiaj słów kilka na temat kliniki bezpłodności. Mieliśmy do czynienia w swojej staraniowej „karierze” z jedną kliniką z Bytomia (Antrum). Wybraliśmy to miejsce ponieważ jest stosunkowo blisko nas a opinie o lekarzu, który tam przyjmuje były zaskakująco dobre. Zapisaliśmy się więc na wizytę – nie było problemu z ustaleniem terminu – czekaliśmy około tygodnia. Na wizytę zabrałam ze sobą cały plik wykonanych do tej pory badań, swoje wykresy temperaturowe – wszystko tak, aby jak najjaśniej przedstawić panu doktorowi naszą sytuację. Pan doktor zrobił na mnie miłe wrażenie. Ponieważ do tej pory mieliśmy kontakt tylko z kobietami-lekarkami konkretne podejście do sprawy wzbudziło nasze poczucie bezpieczeństwa. Fajne było to, że pan doktor rozpisał w punktach etapy dalszego postępowania czyli w pierwszej kolejności chciał sprawdzić czy aby na pewno występują u mnie owulacje (ustalone badanie USG w drugiej fazie cyklu) oraz zapisanie leków (w zasadzie to jednego – flegaminy) dla męża na poprawę upłynniania (skrócenie czasu). Plus dla męża dużo ananasów pod wszelkimi postaciami. Trochę nas wzięło na te ananasy i od tej pory Ślubny pił litrami soki a świeże owoce jedliśmy na deser średnio raz w tygodniu.

(więcej…)

I znowu do przodu…

A potem po takich dołach przychodzi wieczór, relaks przy weekendowym oglądaniu filmów i Męża zaczyna boleć okolica serca. Dwie polopiryny na rozrzedzenie krwi i nic. I boli go. Nie potrafi bez bólu zrobić wdechu. Ciśnienie ok, więc to prawdopodobnie nic groźnego, ale wystarczy, żeby przez głowę przeleciało kilkaset myśli w stylu – jak małostkowo podchodzę czasami do spraw naszego braku potomstwa. Powinnam się z całego serca cieszyć z tego co jest. Z tego, że znalazłam swoją drugą połowę, z tego, że relacje między nami są świetne, jesteśmy młodzi, kupa wspaniałych rzeczy i zdarzeń (mam nadzieję) jeszcze przed nami, tworzymy Rodzinę, jesteśmy zdrowi i mamy mnóstwo planów do zrealizowania. Po co zatem marnuję swój czas na bezsensowne rozmyślanie o tym, że komuś się udało, a mnie nie. Czasami oczywiste sprawy najtrudniej zrozumieć.

Na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że bezdzietne osoby są co najmniej tak rozchwiane emocjonalnie jak kobiety w ciąży. Wczoraj było źle, dzisiaj trochę lepiej, a co jutro przyniesie tego nie wie nikt.

I znowu test czyli dwa kroki w tył

I znowu test wytrzymałości.

W czwartek, tak w czwartek okazało się, że koleżanka, u której zdiagnozowano PCO i z którą dzieliłam problemy bezdzietnych zaszła. Tak, zaszła.

W czwartek, tak w czwartek okazało się, że koleżanka z pracy (przyjęta trzy miesiące temu – druga po mnie kobieta w firmie) zaszła. Tak zaszła.

Niech te dwa całkiem nowe Dzieciątka rozwijają się zdrowo i niech cieszą swoje Mamy.

Tylko tak się zastanawiam, czy po kilku miesiącach przebywania dzień w dzień ze szczęśliwą, młodą mężatka w ciąży (która już w czwartek nie omieszkała się dzielić ze mną swoimi wrażeniami typu „wiesz, pierwszy miesiąc jest najgorszy” (no i?),  po moim komentarzu, że zawroty głowy, które miała i ciągłe wizyty na siusiu mogą być objawami ciąży zapytała „A TY SKĄD WIESZ???” (nosz kur zapiał!), albo „teraz panie ze sklepu komentując Twoje (czyli moje) zakupy ogórków kiszonych (co poradzę, że lubię MIMO BRAKU CIĄŻY) nie będą się myliły, że któraś z dziewczyn jest w ciąży, tylko nie ta, która te ogórki zjada hahaha” (no boki zrywać!!!). No i właśnie tak się zastanawiam, czy po kilku miesiącach przebywania dzień w dzień ze szczęśliwą, młodą mężatka w ciąży nie wyląduję na kozetce u psychiatry…

Normalny człowiek, człowiek bez problemów takich jak moje, normalny człowiek puknąłby się w głowę na te moje małe, śmieszne problemy.

Dla mnie nadchodzi chyba granica wytrzymałości.

Jestem jak napięta do granic możliwości struna.

Struna, która w każdej sekundzie może po prostu zrobić małe „pyk” i pęknąć.

I napompowany balon z furkotem podskoczy pod sufit, po tylko, aby za chwilę spektakularnie spaść na zol.

Nie wiem, czego mam się przytrzymać.

Spadam w dół…

.

Nie ma leku na ten ból.

Nie ma…

Bezpłodność – porażka czy wyzwanie

Słowo „bezpłodność” wciąż nie może do mnie dotrzeć.

Bo jestem płodna. Mam prawidłową owulację, regularne miesiączki, wszystko tam na dole zdrowe i gotowe do wynajęcia przytulnej kwaterki na 9 miesięcy.

Mój mąż też jest płodny. Ma mnóstwo świetnych, potencjalnych kandydatów na bycie połową naszego dziecka.

Więc gdzie jest ta bariera?

Może ta nasza bezpłodność to kwestia podjęcia jakiegoś innego, życiowego zadania. Może to jeszcze nie ten czas. Natura za nas decyduje, co i kiedy będzie lepsze. Natura, Opatrzność, Bóg…każdy może wybrać tutaj stosowne określenie. No i ok. Mogłabym to może zrozumieć. Gdyby ktoś mi pokazał, co mam robić w tym czasie, kiedy jeszcze nie ma dziecka/kiedy może się ono pojawić w każdej chwili. Co mam wymyśleć sobie jakieś ekstremalne hobby? zaszyć się w książkach? pracować po 20h? zrobić coś dobrego dla ludzkości (ale co?). No i taki jakiś mętlik pierwszego dnia cyklu mnie dopadł. Naprawdę chciałabym, żeby mój życiowy cel po prostu mi się ujawnił, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba, przyśnił mi się, objawił ja jawie…tak bym chciała na trzy miesiące zapomnieć o staraniach, wyłączyć mózg, nie myśleć o dniach płodnych, owulacji…naprawdę taka przerwa dużo by mi dała. Ale to jest jak rozpędzony pociąg. Nakręciłam się na to dziecko, którego nie ma. Ciężko wyhamować, odpuścić, życie przecież jest takie krótkie. Szkoda mi tych dni, które upływają bezczynnie. Książkowy Stand by.  Wiem, że w innej sytuacji mogłabym właśnie czytać książeczkę zaspanemu maluchowi a nie siedzieć w dresie przy laptopie z miną zranionego pieska. A może nie mamy dzieci, bo bylibyśmy złymi rodzicami? może nie potrafilibyśmy dać dziecku tyle ciepła i cierpliwości ile tego wymaga. Może gdybym już doczekałabym się pociechy straciłabym cel w życiu? (myślę, że nie, ale pewna mogę być tylko tego, że kiedyś kopsnę w kalendarz).

Znowu sto pytań do.

I znowu zasnę ze słowem BEZPŁODNOŚĆ pod poduszką…

Nadzieja

Zawsze na tym etapie cyklu kiełkują całe stada nowych nadziei.

Zwykle płonnych.

Zawsze tak samo gorących, może nawet bardziej, niz poprzednie.

Jedyne co mogę zrobić to łyknąć folik i dalej robić swoje.

Tak bardzo czekam na to dziecko.

Tak bardzo chcę je już przytulić.

Tak bardzo…

A jak puszczam wodze fantazji, zawsze wyobrażam sobie wspólne zabawy K. i malucha. Zastanawiam się, czy będzie miało jego zawadiacki uśmiech, uśmiechnięte oczy, usteczka. Czy będzie lubiło zimę. Czy będzie budziło nas w nocy co godzinę (jak K. swoją mamę do 3 roku życia).  Jak będzie pachniało. Jaki będzie jego ulubiony kolor, zabawka…

Czekamy na tego malca jak na zbawienie :)

Z kamerą wśród kobiet po 25tym roku życia…

5 Kobiet.
5 historii.
Moją znacie.
Do tego jedno PCA.
I jedno poronienie.
Moje koleżanki ze studiów.
W życiu nie powiedziałabym, że mają takie problemy. Myślałam, że w tym gronie jestem jedyna z „tymi” kłopotami. A tu się okazało, że życie jest okrutne nie tylko dla mnie…Żadne to oczywiście pocieszenie, ale w pewnym sensie rodzaj ulgi. Że nie jestem z choinki. Że jest dużo kobiet, nawet w tym najbliższym otoczeniu, które na co dzień są bohaterkami, bo skrywają swoje tragedie pod maską normalności. Żyją rytmem świata. Rytmem porodów koleżanek, sióstr, kuzynek. Czekają, liczą dni, odpowiadają na pytania ciekawskich.
Z drugiej strony nie chcę się za bardzo rozczulać nad swoją sytuacją. Mam tak wiele…Nie znam „prawdziwych” tragedii i Bogu za to dziękuję. Nie jestem głodna, mam przytulne (choć malutkie ;)) mieszkanko, mam wspaniałą, zdrową rodzinę, kochanego męża. Nie sposób ciągle narzekać, że jest źle, bo gdyby nie jeden mały szczegół, jest przecież wspaniale.
Będzie dobrze. Jestem pod dobrymi skrzydłami (niczym w reklamie LOT’u :))

Napro spotkanie nr 3

O ile drugie spotkanie z instruktorem napro nie wniosło nic nowego (w zasadzie ograniczyło się do powtórki wiadomości ze spotkania pierwszego plus wypełnianie formularza, odpytka z naszych obserwacji) o tyle na trzecim spotkaniu znowu dowiedzieliśmy się kilku ważnych rzeczy. Jak trafnie zauważył mój Mąż – trzeba instruktora trochę pociągnąć za język, wtedy tych informacji dostajemy zdecydowanie więcej.

Wnioski z ostatniego spotkania:

-ponieważ to już ponad dwa pełne cykle obserwacji, zostały wyliczone współczynniki śluzu, pierwszy 5, drugi 7,6 – zdecydowanie za niskie, powinny wynosić przynajmniej 10  (no i szukamy w związku z tym osoby zza granicy, która mogłaby nam podesłać witaminę B6 500mg z opóźnionym uwalnianiem ponieważ w Polskich aptekach  wit. B6 występuje tylko w bardzo malutkich stężeniach)

- moje ostatnie oraz pierwsze dni cyklu nie przebiegają prawidłowo, może to być spowodowane złą gospodarką hormonalną (zlecone badanie hormonów drugiej fazy cyklu w dniu P+7 (siedem dni po dniu „peek”:)) oraz w dniach 3-5dc badanie hormonów tarczycy, jeśli badania wyjdą ok, wtedy być może będę brała przez 3 tygodnie antybiotyki na domniemane zapalenie (nie można go w żaden sposób stwierdzić, najlepiej przeleczyć i czekać na ewentualną poprawę), ostatnia możliwa przyczyna to początkowe stadium endometriozy (jeśli to ta przyczyna, to u mnie zupełnie bezobjawowa).

Kolejne spotkanie za miesiąc.

Odetchnęłam pełną piersią!

Cały czas wydaje mi się, że mam wpływ na to kim będę za chwilę, co się ze mną będzie działo, co jestem w stanie osiągnąć. I owszem. Bez jakiegokolwiek ruchu zawsze będę w tyle. Dlatego tak bardzo (przy ogromnej pomocy Męża) staram się zrobić wszystko w mojej mocy, żeby Mała Istotka pojawiła się w naszym życiu. Te wszystkie wizyty u lekarzy, szukanie informacji w sieci, coraz to nowsze metody, badania, witaminy, obserwacje, notatki, testy, pomiary…nie mogę sobie niczego zarzucić. Bardzo się staram. Daję z siebie wszystko. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby być bliżej upragnionego Dziecka. I w moim świecie „bez Dziecka” wciąż zapominam, że wszystko w rękach Boga.  Nie muszę przecież rzucać wszystkiego i wychodzić z założenia „co ma być to będzie”, niech się dzieje wola Nieba…Nie na tym to polega. Ważna jest dla mnie świadomość, że Ktoś wie, jak pokierować moim życiem. Ta świadomość daje mi dzisiaj tak wiele radości i tak wielki ciężar pomaga udźwignąć, że nie jestem w stanie słowami tego opisać. Właśnie w takich momentach wiara daje siłę. Bez niej mogłabym płakać do poduszki każdego jednego wieczora. Jak dobrze jest odetchnąć pełną piersią, ZAUFAĆ. Przecież do tej pory Bóg tak pięknie kierował moim życiem. Jestem pewna, że mnie nie opuścił. Może chce, żebym poznała siebie i moją drugą połowę w trudnych chwilach, może wie, że to nie jest jeszcze dla nas odpowiedni moment, może poprzez to długie oczekiwanie dar jakim jest Dziecko będzie smakował inaczej, niż gdybyśmy otrzymali go już do tej pory. Bardzo trudno jest oddać w czyjeś ręce najważniejsze, najdelikatniejsze piękno, które płynie z miłości dwojga ludzi. Dlatego cieszę się, że tym Kimś jest ten Najwyższy :) Już On będzie wiedział, co dalej z tym zrobić.

Każdy kij ma dwa końce

Zawsze tak jest – chwila euforii i myśl – „może wreszcie TO nam pomoże”

I zawsze przychodzi taki moment, kiedy znowu zdaję sobie sprawę, że nie ma cudownych środków, cudownych metod, które pomogły by nam przybliżyć się chociaż o krok do upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym

Tak jest i z napro. Mimo tego, że to dopiero początek naszej przygody z tym „wynalazkiem”, moi Rodzice po obejrzeniu programu „Wojna światów” w TVP1 poszukali informacji i wręczyli mi wydruk takich oto artykułów, który możecie przeczytać tutaj i tutaj.

No i co o tym wszystkim myśleć?

Z jednej strony fajnie jest poznać dokładnie swój cykl, wiedzieć, kiedy występują dni płodne, kiedy jest najlepszy czas, największe prawdopodobieństwo na zaciążenie, ale mam wrażenie, że dla mnie jest to trochę powtórka z rozrywki – ja wiem, kiedy mam owulację (potwierdzają to testy owulacyjne, skok temperatury, boje odczucia tzn. specyficzny ból podbrzusza). Wykorzystujemy ten czas jak tylko się da – bezskutecznie. Co zatem może zaproponować nowego naprotechnologia? Te pytanie naprawdę mnie nurtuje od kilku dobrych dni. Przeszliśmy już tyle badań, tyle razy okazywało się, że nasze starania są na nic. Może po prostu czasem brakuje mi już sił, żeby to wszystko prowadzić, notować, wyszukiwać w sobie nowych pokładów nadziei, że może tym razem?

Z drugiej strony nie chcę rezygnować zbyt szybko, podejrzewam, że przeciwnicy napro mają interes w tym, aby ta metoda nie wybiła się zanadto. Bo mogą na tym dużo stracić kliniki wykonujące in vitro…

Jasne jest dla mnie to, że napro nie jest dla wszystkich… i nawet pilne obserwacje cyklu kobiety nie sprawią, że poprawi się jakość nasienia u mężczyzny. Może szkopuł tkwi w tym, żeby wykorzystać maksymalnie te kilkanaście godzin płodności kobiety…? dużo pytań, niewiele jasnych odpowiedzi.

Za kilka dni kolejne spotkane z instruktorami.

Tylko że ja na dzień dzisiejszy nie mam już sił. Nie mam ochoty. Nie mam tak mocnej psychiki, żeby co miesiąc podnosić się z kolan po wielkiej przegranej a potem znowu na nie upadać. Może ta gra nie warta jest świeczki, bo nie mam najmniejszego wpływu na wynik?

Wbrew przewodniemu hasłu bloga dzisiaj jest beznadziejnie.

Nasz problem odbija się na naszych relacjach mąż-żona. Nie unikniemy również tego tematu. Można się nawzajem pocieszać, spierać, dodawać otuchy, wzbudzać płonne nadzieje, ale przychodzą chwile, kiedy stajemy się nieznośni. Drażliwi, zmęczeni, poharatani. Złe chwile potrafią wzmacniać więzy, ale potrafią również mocno je nadwyrężać. I w takich momentach jedyne czego mogę sobie życzyć to świętego spokoju. Dni bez guli w gardle, bez smutku na sercu, dni przeżytych z jakim sensem, celowych, dobrych dni…czego i Wam wszystkim ludziom bez-dzieci życzę.