Krótki wywód na temat kliniki bezpłodności

Dzisiaj słów kilka na temat kliniki bezpłodności. Mieliśmy do czynienia w swojej staraniowej „karierze” z jedną kliniką z Bytomia (Antrum). Wybraliśmy to miejsce ponieważ jest stosunkowo blisko nas a opinie o lekarzu, który tam przyjmuje były zaskakująco dobre. Zapisaliśmy się więc na wizytę – nie było problemu z ustaleniem terminu – czekaliśmy około tygodnia. Na wizytę zabrałam ze sobą cały plik wykonanych do tej pory badań, swoje wykresy temperaturowe – wszystko tak, aby jak najjaśniej przedstawić panu doktorowi naszą sytuację. Pan doktor zrobił na mnie miłe wrażenie. Ponieważ do tej pory mieliśmy kontakt tylko z kobietami-lekarkami konkretne podejście do sprawy wzbudziło nasze poczucie bezpieczeństwa. Fajne było to, że pan doktor rozpisał w punktach etapy dalszego postępowania czyli w pierwszej kolejności chciał sprawdzić czy aby na pewno występują u mnie owulacje (ustalone badanie USG w drugiej fazie cyklu) oraz zapisanie leków (w zasadzie to jednego – flegaminy) dla męża na poprawę upłynniania (skrócenie czasu). Plus dla męża dużo ananasów pod wszelkimi postaciami. Trochę nas wzięło na te ananasy i od tej pory Ślubny pił litrami soki a świeże owoce jedliśmy na deser średnio raz w tygodniu.

No i tak dotrwaliśmy do drugiej wizyty na której okazało się, że owulacja u mnie była. Kontrolne badanie K. wykazało, że upłynnianie uległo polepszeniu o pół godziny, ale daleko mu było jeszcze do normy. Z jednej tabletki dawka została zwiększona do dwóch dziennie. Na kolejnej wizycie nie było już żadnego badania tylko snucie kolejnych teorii. Wniosek z tego snucia był taki, że w zasadzie część winy leży po mojej stronie bo owulacje nigdy nie występują u mnie w równych odstępach czasu, część winy leży po stronie K. (ach to upłynnianie, ach te leniwe plemniki), a część winy leży gdzieś tam po środku ale w zasadzie nie wiadomo na czym ona polegała. Pan doktor zasugerował, że skoro nie udaje się nam zajść w naturalny sposób, możemy zdecydować się na serię inseminacji (w innej klinice w Katowicach). Dał nam trochę czasu przemyślenie sprawy i zasugerował listopad zeszłego roku. Prawie się zdecydowaliśmy. Brakowało naprawdę niewiele, tym bardziej, że w moim osądzie jest to „wspomożenie” a nie kreowanie nowego człowieka na szkiełku. Sumienie nie krzyczało jakoś strasznie. Krzyczała ostatnia krztyna naszej małżeńskiej intymności. Do tej pory musieliśmy sporo przejść, opowiadać o swoich ważnych sprawach lekarzom, przechodzić różne niemiłe (np. u mnie HSG czy u męża badanie nasienia – o wizycie u androloga nie wspominając) badania, udawać przed światem, że wszystko jest w porządku. Więc krzyczała ta ostatnia nadzieja w nas, że może obejdzie się bez tej całej inseminacji, bez procedury „oddaj nasienie-pan doktor wstrzyknie je gdzie trzeba-będzie cacy-a jeśli nie-to się zabieg powtórzy”. W danym momencie jasne było to, że kliniki właśnie na tym zarabiają. Nie na realnej pomocy parze, która boryka się z problemem bezpłodności, nie na dokładnym zdiagnozowaniu problemu (bo można było zrobić jeszcze wiele zanim zaproponowało się inseminację – chociażby sprawdzenie, czy z moimi hormonami jest wszystko w porządku – nie zlecono ani jednego badania krwi!). Zarabiają na zabiegach. Inseminacja? bagatela 700zł/szt.  Przy czym rzadko zdarza, że za pierwszym razem się uda. U nas w ogóle mogło się nie udać, bo to że nasienie jest wprowadzone bezpośrednio do macicy nie oznacza, że słabe plemniki dadzą sobie radę na dalszej drodze… Cen in vitro nie sprawdzaliśmy, żeby włosy nam dęba nie stanęły. Może ktoś uzna, że fajnie mi się teraz gada, bo jestem po drugiej stronie problemu. Owszem, przekroczyliśmy granicę, która stanowiła dla nas do tej pory mur nie do przejścia. Ale jestem dumna z tego, że zrezygnowaliśmy w odpowiednim momencie. Że nie weszliśmy do tej klinicznej rzeczki zabiegów za ciężkie pieniądze. Kto wie, co byłoby, gdyby wykończyłyby się nam wszystkie inne opcje. Tego nie wiemy. Ale czuję się tak, jakbyśmy zdali wtedy bardzo ważny egzamin z dojrzałości.

I jeszcze słów kilka o Antrum. Kiedy naprawdę byli nam potrzebni, bo mieliśmy podejrzenia, że udało się nam zajść w ciążę zadzwoniłam do kliniki z pytaniem czy przyjmuje w tym dniu mój lekarz prowadzący. Przyjmował. Bóg jeden wie jak zależało nam, żeby zobaczył mnie lekarz i dodał otuchy, zasugerował jakieś witaminy, może zrobił wstępne usg…to było 16.03. Odebrała jakaś młoda za przeproszeniem pinda, nie dopuściła do słowa jakby domyślała się, że będę chciała jeszcze w tym dniu zapisać się na wizytę u lekarza, którego byłam pacjentką! Ja rozumiem, że mogą być kolejki w nfz-cie, ale w PRYWATNEJ klinice, która zdziera niebotyczną kasę za każdą jedną wizytę???!!!w sytuacji TAK WYJĄTKOWEJ???Jedyne na co było ją stać to „proszę się streszczać” (k….co za bezczelne babsko!) i „mogę panią zapisać na koniec kwietnia”. DZIĘKUJĘ O ŁASKAWA PANI!!! Po 2,5 roku starań udało się, jestem strzępkiem nerwów, bo chciałabym dowiedzieć się, czy na tym wczesnym etapie ciąży wszystko jest w porządku, a ona mi k….proponuje wizytę za 1,5 m-ca! PARANOJA! Obiecałam sobie, że popełnię tu na dwóchkreskach wpis o tym „dobrym” traktowaniu pacjenta. Klinika leczenia bezpłodności…z całym szacunkiem, ale wyleczyć to oni potrafią tylko portfele. Z pieniędzy.


Podobne wpisy:

  1. Napro spotkanie nr 3
  2. Cytologia
  3. Z kamerą wśród kobiet po 25tym roku życia…
  4. Co pomogło nam zajść w upragnioną ciążę?
  5. Odetchnęłam pełną piersią!

1 komentarz

  1. madlene napisał(a):

    hej Oluś :) bardzo dziękuję Ci za życzonka. Co do Proxeedu to podaj mi cenę i chętnie od Ciebie go odkupię chociaż symbolicznie :) pozdrawiam i głaszczę w brzusio

Dodaj komentarz!