Bezpłodność – porażka czy wyzwanie

Słowo „bezpłodność” wciąż nie może do mnie dotrzeć.

Bo jestem płodna. Mam prawidłową owulację, regularne miesiączki, wszystko tam na dole zdrowe i gotowe do wynajęcia przytulnej kwaterki na 9 miesięcy.

Mój mąż też jest płodny. Ma mnóstwo świetnych, potencjalnych kandydatów na bycie połową naszego dziecka.

Więc gdzie jest ta bariera?

Może ta nasza bezpłodność to kwestia podjęcia jakiegoś innego, życiowego zadania. Może to jeszcze nie ten czas. Natura za nas decyduje, co i kiedy będzie lepsze. Natura, Opatrzność, Bóg…każdy może wybrać tutaj stosowne określenie. No i ok. Mogłabym to może zrozumieć. Gdyby ktoś mi pokazał, co mam robić w tym czasie, kiedy jeszcze nie ma dziecka/kiedy może się ono pojawić w każdej chwili. Co mam wymyśleć sobie jakieś ekstremalne hobby? zaszyć się w książkach? pracować po 20h? zrobić coś dobrego dla ludzkości (ale co?). No i taki jakiś mętlik pierwszego dnia cyklu mnie dopadł. Naprawdę chciałabym, żeby mój życiowy cel po prostu mi się ujawnił, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba, przyśnił mi się, objawił ja jawie…tak bym chciała na trzy miesiące zapomnieć o staraniach, wyłączyć mózg, nie myśleć o dniach płodnych, owulacji…naprawdę taka przerwa dużo by mi dała. Ale to jest jak rozpędzony pociąg. Nakręciłam się na to dziecko, którego nie ma. Ciężko wyhamować, odpuścić, życie przecież jest takie krótkie. Szkoda mi tych dni, które upływają bezczynnie. Książkowy Stand by.  Wiem, że w innej sytuacji mogłabym właśnie czytać książeczkę zaspanemu maluchowi a nie siedzieć w dresie przy laptopie z miną zranionego pieska. A może nie mamy dzieci, bo bylibyśmy złymi rodzicami? może nie potrafilibyśmy dać dziecku tyle ciepła i cierpliwości ile tego wymaga. Może gdybym już doczekałabym się pociechy straciłabym cel w życiu? (myślę, że nie, ale pewna mogę być tylko tego, że kiedyś kopsnę w kalendarz).

Znowu sto pytań do.

I znowu zasnę ze słowem BEZPŁODNOŚĆ pod poduszką…